Cóż. Pewnemu posłowi na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej w rozmowie ze znaną z mizernego warsztatu pracownicą mediów ulało się – i nazwał ową niewiastę damą negocjowalnej cnoty. Komentatorzy, zazwyczaj zachwyceni, gdy ich zdegenerowane środowisko wyzywa przeciwników teraz wyją potępieńczo, że jak tak można. Otóż nie można, aczkolwiek na miejscu byłaby tu ewangeliczna opowieść o okulistyce (ta o drzazdze w oku i tam tkwięcej belce). Gnój jest.
I nie chodzi tu o prawdę, ta w polityce, a zwłaszcza w demokracji, nie ma racji bytu. Na prawdę pozwolić sobie może autokrata, nie polityk zabiegający o głosy wyborców. Jest u nas, od wielu lat, na scenie politycznej człowiek, który notorycznie mówi prawdę – i jego kolejne ugupowania nader często kończą pod progiem wyborczym. Inny z kolei, postać dużo bardziej obmierzła, całe swoje emploi oparł na łganiu w żywe oczy. Owszem, nie on jeden, ale ten (nie będę pisał który, wszak gdy Voldemot był u władzy jego Śmierciożercy dbali, by nikt złego słowa o nim nie mówił) doprowadził tę sztukę do perfekcji, nie starając się zachować pozorów. A poparcie ma wysokie.
Bo oto człowiek nie chce prawdy. Chce komfortu, chce ustalonej wizji świata. Wypracowana przez wieki koncepcja istnienia Wszechświata została brutalnie zniszczona przez przewrót kopernikański i Galileusza, a wytrącone z bezpiecznej kieszeni społeczeństwa stały się łatwą pożywką chociażby dla komunizmu i narodowego socjalizmu. Bo one zapewniały mentalne bezpieczeństwo. Wizję świata. Złudną, ale spójną, pokazywały, że my dobrzy, tamci źli. Że tu nas obronią, a tam to wojna, zaraza i inne takie. Pascal, nie Kartezjusz, ucieczka od wolności. W Polsce w taki sam sposób wykorzystano sieroty po sowieckiej okupacji – ci, którzy czerpali korzyści (głównie materialne, choć, jakby nie patrzeć, marksizm jest czymś na kształt religii Księgi, w tym wypadku Kapitału) z tamtego systemu po przysłowiowym 1989 roku zostali mentalnie bezdomni. Trochę czasu potrwało, aż potomkowie komunistycznego aparatu władzy i opresji znaleźli modus operandi, ale w końcu udało się stworzyć spójną wizję świata, w którym straszono już nie zaplutym karłem reakcji, a antyunijczykiem. Katolik i tradycjonalista w obu przypadkach jest tym złym. Dodano do tego rzekomą elitarność i nowocześniackość naszego grona – jakże ważną dla ludzi wywodzących się z podworskich czworaków i poduralskich jurt – i wyhodowano tak zwany żelazny elektorak. Krzywa Gaussa pokazuje, że w społeczeństwie tych naprawdę inteligentnych jest mało, więc gros owych Ludzi Nowego Wzoru, Unijczyków, nigdy nie będzie w stanie uciec z tego wykreowanego świata. To nie książka s-f, w której jednostce udaje się wyrwać z umysłowego więzienia. Zajdel się myli.
Pani, zwyzywana przez posła na Sejm RP, jest strażniczką owej wizji świata. Płacą jej za to, żeby słuchaczowi było przyjemnie. Żeby nic go nie niepokoiło. Żeby był spokojny. Osoby, które za pieniądze robią dobrze, nazwać można na wiele sposobów, i pan poseł oczywiście powiedział prawdę. Całe nieszczęście, że zrobił to w sposób charakterystyczny dla owej postkomunistycznej narośli na polskim społeczeństwie. A takie coś jest, w mojej opinii, czymś tragicznym. Pokazuje, że już wszystkie strony sporu politycznego taplają się w – pardon my French – gównie. Nowa jakość? Jaka nowa jakość? Stary gnój.
Ja takiej Polski nie chcę.